Wystartowaliśmy z Warszawy prawie bez problemów. Jedyny kłopot miałem z nadbagażem- 29 KG – trzeba było przepakować się i odwieźć rzeczy do domu, co nie było takie łatwe, bo odprawa kończyła się 5.30 rano. Udał się dzięki mojej wrodzonej punktualności. Nigdy nie zostawiam wszystkiego na ostatnią chwilę i jak zwykle byłem na lotnisku sporo przed czasem.
W Amsterdamie nie chciało nawet nam się wynurzać do centrum wiec na Shipol snuliśmy się przez 5 godzin.
Pierwsza niespodzianka w samolocie – sami Filipińczycy, białych może ze 20, z czego na turystów wyglądały tylko 4 osoby na kilkaset samolocie. Filipińczycy wyglądali jakoś tak dziko. Na tle tysięcy dobrze ubranych i zadbanych podróżnych snujących się po Shipol, nasi towarzysze podróży wyglądali przybysze z innej planety. Szerokie nosy, nieforemne twarze przypominali bardziej aborygenów niż typowych azjatów. Jeden z nich, siedzący koło mnie , obwieszony złotem elektryk ze statku, wracał do domu po rejsie. Jego maniery były mało uprzejme a angielski niezrozumiały tyko przez pierwszą połowę loty. Po godzinie lotu włączył swój ekran i wręczył mi pilota i wydał polecenie abym włączył mu szachy. Z reguły w takiej sytuacji działa słowo poproszę albo jakiś uśmiech, a ten gość śmiertelnie poważny kazał mi obsłużyć jego entainetrament system.
Później okazał się miłym gościem.
2 sąsiad to holender, który okazał się kumplem z pracy. Wynieśliśmy się wizytówkami i umówiliśmy na lunch we wtorek. Na pokładzie głownie marynarze i pracujący legalnie/nielegalnie budowlańcy z UE.
Na lotnisku bez niespodzianek. Na podjeździe wóz opancerzony. Po wyjściu żar z nieba. Słabo, nogi mięciutkie. Taxi kręci się wokół lotiniska przez piertwsze 5 minut. Po zwróceniu uwagi jedziemy już do hotelu.
W Polszy 3 rano. U nas przedpołudnie. Hotel Renaissance w Makati, Manila, PH.

Makati za oknem

Makati za oknem

Przed wejściem do hotelu wykrywacz metalu i kontrole osobiste. W lobby jazzowy zespoł. Pięć osób obsługi na każdego turystę. I tak mamy to gdziesz. Wszelkie uprzemości traktujemy jako zupełnie oczywistą cześć tej zabawy.

Szybki prysznic, basen i na obiad.

No właśnie. Basen. Mieliśmy przygotować prezentację. Ale wyjrzeliśmy za okno i było po sprawie.

No właśnie. Basen. Mieliśmy przygotować prezentację. Ale wyjrzeliśmy za okno i było po sprawie.

To co widzimy za okenm to Greenbelt – miejsce spotkań towarzystkich. Olbrzymi supermarket zorganizowany wokół ogrodu, w samym centrum kościół i msza, bo mamy niedzelę. Kazanie na tle planszy reklamujących promację w sklepach z elektoniką. Każda knajpa i sklep ma swojego ochroniarza. Nawet na korytarza co kilkanaście metrów bramka i kontrola. Wykrywacz metalu, przeglaanie toreb. Minęliśmy ich kilkadiesiąt. Anir razu nie przeszukani. Typ kaukzji jest poza podejrzenem. “Good afternnon. How are you” zamiast trzepania torby.

Green belt 3. Market tak wielki, że podzielili go na stefy. Pełni rolu sklepu, starówki, katedry, agory, parku.

Green belt 3. Market tak wielki, że podzielili go na stefy. Pełni rolu sklepu, starówki, katedry, agory, parku.

Jetlag napadł. Ostatnia przespana noc z czwartku na piątek. Teraz jest niedziela, godzina 15:00. Mirek zasnął jedząc kotleta. Chcieliśmy wytrwać przynajmniej do 18, żeby nie obudzis się o 2 w nocy. Podliśmy o 15. Obudziliśmy sie o 23.00. Wyspanie wypoczęci. Nie mamy co ze sobą zrobić. Supermarkety gasną, na basenie skąłdają parosole. Bacardi i Smirnjoff powinny przynieść sen. Podłe skutki jetlag’a odczuwasz zresztę w tej cheli na sobie. Nigdy bym nie wpadł na pomysł pisania pamiętnika gdyby nie to ;)

Niedziela ale jutro swieto. Manila sie bawi. My probujemy zasnąć.

Niedziela ale jutro swieto. Manila sie bawi. My probujemy zasnąć.

4 godziny później. 2 bary więcej i dalej nic. Party kończy się o 3, mimo że jutro jest świeto. Nawet o tej godzinie policjanci są co paręset metrów.